Vampyres
Początkowo byliśmy dogadani ze starym Draculą, że wpadnie do nas i wyrówna całą tę miłość odrobiną mroku – wiecie, Yin i Yang, te sprawy. Tylko że nagle wyskoczyło mu jakieś jubileuszowe rąbanie i ćwiartowanie albo coś w tym stylu, więc podobno nie może.
My już oczywiście lekka panika, głowy rozgrzane, wszystko gotowe na ciemność, a tu nic. Na szczęście podrzucił nam kontakt do kolegów z austriackiego Linzu. Powiedział tylko: „młoda krew”, kołek przy kołku, i tak mamy Vampyres (AT).
Psychodeliczny goth-punk, masywne riffy, basowy silnik i głos, który zaczyna gotować krew metodą sous-vide. Muzyka głęboko zakorzeniona w latach 70., ale brudna, mroczna i żywa tu i teraz.
Kto był na zimowym Stone Smokerze, ten wie, że Vampyres to nie jest po prostu koncert. To spotkanie ciebie z twoim najciemniejszym ja. A kto jeszcze nie wie, po wszystkim już nigdy tego nie zapomni.
Więc kto chce zrobić komuś „radość”, niech się nie zastanawia i kupi bilet. Na przykład teściowej.